Trekking w Atlasie Wysokim
Jednym z bardziej popularnych celów wypraw do Atlasu Wysokiego jest zdobycie Jebel Toubkal.
Większość z tych wypraw ma podobny scenariusz - zdobycie szczytu, a potem szybki przejazd do Marakeszu.
Nie jest to złe rozwiązanie, ale w ten sposób omija się to, co naprawdę ciekawe:
rozległe doliny, berberyjskie wioski, dzikie szczyty wznoszące się ponad 3000m.
Żeby to wszystko zobaczyć, wystarczy tylko zejść nieco z utartego szlaku i
poświęcić kilka dni na trekking po rejonie Atlasu Wysokiego.
Z planem kilkudniowego trekkingu, przybyłem wraz z
grupą znajomych w góry Atlasu na przełomie kwietnia i maja 2004 roku. Taki
wybór terminu miał swoje dwie strony: dobrą i złą. Dobra to taka, że w tym
czasie w górach rozpoczęła się wiosna. Stoki pokryte były soczystą zielenią,
natomiast upał który latem jest nie do zniesienia, teraz jeszcze nie
doskwierał. Złą stroną było to, że na wysokości ponad 3000 metrów wciąż
panowała zima, a co za tym idzie wybór trasy prowadzącej przez takie rejony
wymaga sprzętu zimowego.
Pierwotnie nasza trasa była zaplanowana przez granie i doliny na poziomie 3000 m,
jako pięciodniowa "pętla" wokół Jabel Toubkala
(trasa A).
Miała prowadzić z Imlil, przez wioski Tachedirt, Amsuzert, i zakończyć się
zdobyciem szczytu. Jej smaczki to noclegi w pasterskich szałasach (azib) na
wysokościach powyżej 2700, przejście przez przełęcze powyżej 3000 m, kąpiel w
górskim jeziorze, no i grand finale czyli zdobycie najwyższego szczytu Atlasu.
Po przybyciu na miejsce, plan ten musiał zostać zweryfikowany. Po kilku
rozmowach z miejscowymi przewodnikami usłyszałem dużo sprzecznych opinii co do
trudności tej trasy, ale co do dwóch jej odcinków, wszyscy byli zgodni. Otóż
podejścia na przełęcze Tizi n'Likemt i Tizi n'Wanums o tej porze wymagają
użycia raków. Nasza ekipa była przygotowana na lekkie wejścia, bez raków i
czekanów. No i nocleg w śniegu też raczej nie wchodził w grę.
W takich chwilach, kiedy trzeba dokonać wyboru
mającego wpływ na dalszy przebieg wyprawy, przez głowę przebiega tysiące myśli.
Wszystkie one jednak sprowadzają się do jednego, zawsze tego samego pytania:
ryzykować czy nie? Zaryzykować i próbować się przebić przez trudniejsze
odcinki, czy jednak odpuścić... W podjęciu decyzji pomogła informacja, o grupie
Czechów, którzy dwa dni wcześniej wycofali się z podejścia pod Tizi n'Likemt.
Zatem koniec rozważań - tym razem zwyciężył rozsądek. Może gdybyśmy przyjechali
tu miesiąc później, w połowie maja, była by szansa. Jednak teraz nie pozostało
nic innego, jak zastosować słynny manewr taktyczny, zwany "planem B". Nasz plan
B to była trasa prowadząca przez niżej położone doliny, ale również zakończona
zdobyciem Jebel Toubkal
(trasa B).
Start - Imlil
Wioska Imlil to centrum całego zamieszania
związanego z turystyką górską w Atlasie Wysokim. To tutaj kończy się droga
asfaltowa, a zaczyna się trasa wiodąca na szczyt Jebel Toubkal. Tutaj jest mały
sklep ze sprzętem, a w raczej komis, bo można w nim kupić tylko sprzęt
pozostawiony, przez innych turystów. Jest jeszcze piekarnia i kilka sklepów
spożywczych oraz "aleja" sprzedawców pamiątek. Cała wioska żyje z turystów i
dla turystów. Miejscowi górale albo są przewodnikami, albo prowadzą hostele,
albo wypożyczają muły, albo zajmują się tym wszystkim naraz.
Życie skupia się w dolnej części wioski, gdzie jest kilka knajp, schronisko CAF i postój Grand Taxi.
My nocujemy w górnej części wioski w Gite De Etape "Targa Imoula",
gdzie panuje bardziej sielska atmosfera. Do wyboru nocleg na dachu lub
w pokojach, i co najważniejsze prysznic z ciepłą wodą. Ten hostel stanie się
naszym obozem - bazą. Tu, przed trekkingiem zostawiamy cześć zbędnego bagażu, a
po powrocie robimy wielkie pranie.
Dzień pierwszy Imlil - Tachedirt
Droga do wioski Tachedirt widzie przez przełęcz (Tizi n'Tamatert 2279 m n.p.m.).
W Imlil należy kierować się w górę wioski i w
prawo, szerokim bitym traktem. Można iść cały czas tą drogą, a można też,
wzorem mulników skręcić w wąską ścieżką. Jest ona bardziej stroma i kręta, ale
tak to właśnie ze skrótami bywa. Ścieżka ta odbija na wschód od głównej drogi.
Wejście na nią nie jest zbyt dobrze widoczne, więc trzeba być czujnym.
Po wejściu na przełęcz przed oczami otwierają
się wspaniałe widoki, a przed spragnionymi otwiera swoje drzwi szałas z colą.
Dalej droga wiedzie szerokim, bitym traktem wzdłuż doliny. Marsz tą drogą, to
równocześnie dobra okazja to robienia zdjęć krajobrazów. Berberyjskie wioski,
pola na tarasach a wszystko w otoczeniu górskich szczytów. Około południa
dociera się do wioski Wansekra.. Dalsza droga wiedzie już cały czas pod górę do
wioski Tachedirt.
Tachedirt może wydawać się końcem świata. Nie ma tam
elektryczności, chaty wykonane są z kamienia i gliny. Ale tak naprawdę to jest
to dobrze prosperująca miejscowość "turystyczna". Wioska ta leży bowiem na skrzyżowaniu
dwóch tras trekkingowych, znajduje się w niej schronisko CAF (nocleg 59Dr od
osoby), a mieszkańcy dobrze wiedzą co robi w ich wiosce grupa osób z plecakami.
Chwilę po wejściu takiej grupy do wioski, pojawi się z pewnością człowiek,
który zaproponuje nocleg w jednej z chat (30Dr od osoby). Warto wybrać taką
opcję noclegu, warunki są może bardziej spartańskie niż w schronisku, ale za to
wrażenia i wspomnienia gwarantowane. My nocowaliśmy w Maison D'Hotel, który
należał do Mohameda, miejscowego przewodnika, opiekuna schroniska CAF,
właściciela dużego stada kóz i w końcu jednej z ważniejszych postaci we wsi.
Dzień drugi Imlil - przełęcz Tachedirt, szczyt Agour
Ten dzień chcieliśmy poświęcić na aklimatyzację.
Ruszyliśmy więc na przełęcz Tachedirt, która jest na wysokości 3230 m n.p.m. z
zamiarem zjedzenia tam obiadu. Wyposażeni w dobre humory, zapał i zupki
chińskie ruszyliśmy w górę wioski. Idąc ścieżką pomiędzy chatami, należy cały
czas mieć po prawej stronie stok z wyraźną ścieżką prowadzącą na przełęcz Tizi
Likemt. Za wioską można się już kierować w głąb doliny, jedną z wielu ścieżek
pasterskich. Jest ich tak wiele, że czasami można odnieść wrażenie, że każda
koza ma swój własny szlak.
Choć przełęczy Tachedirt wydaje się nieodległym
celem, podejście na nią zajęło nam 6 godzin. Będą już na niej, przygotowaliśmy
sobie obiecany obiad, po którym zapanowała atmosfera sjesty. Słońce grzało, a
wokół cisza i spokój... Jednak duch przygody nie dał się tak łatwo uśpić.
Wzywał on do działania - czyli wejścia na pobliski szczyt Agour. Nie prowadzi
na niego żadna ścieżka, należy się kierować na kamieniste zbocze po lewej
stronie przełęczy (mając wioskę Tachedirt za plecami). Łatwa wspinaczka poprzez
skały trwa około 40 minut, po których wychodzi się na grań. Ta grań to w
zasadzie szereg mniejszych szczytów, którymi dochodzi się do szczytu właściwego
czyli Agour. Po zejściu ze szczytu nie pozostało nam nic innego jak wrócić do
wioski, gdzie czekał na nas nocleg.
Dzień trzeci Tachedirt - Ikkiss - Imlil
Kolejny dzień przebiegał pod hasłem poznajemy Berberyjskie świat.
Trasa zejścia z Tachedirt do Imlil, która wybraliśmy wiodła przez dolinę
Imenane. Wokół tej doliny rozłożonych jest kilka wiosek, a każdą z nich
otaczają tarasowe pola. Ścieżka prowadziła w dół, z wioski do wioski. Około
południa urządziliśmy sobie postój nad brzegiem rzeki Mizane, w wiosce Ikkiss.
Bo choć trasa nie była męcząca, to upał i pragnienie dawało się we znaki. Ten
odpoczynek był również potrzebny, ze względu na czekające nas 500 metrowe ostre
podejście na przełęcz Tizi n'Agnersional (2100 m n.p.m.). Siedząc tak nad
potokiem obserwowaliśmy kobiety robiące pranie. Dla nas była to egzotyka -
ręczne pranie nad rzeką. Myślę że i dla nich równie egzotyczne było oglądanie
jak zabieramy się do gotowania herbaty na kuchence turystycznej. My i one, dwa
światy, które połączyła potrzeba wody.
Po odpoczynku ruszyliśmy dalej przez przełęcz, by pod koniec dnia dotrzeć do drogi asfaltowej
prowadzącej do Imlil. I tak po 8 godzinnym marszu znów trafiliśmy na nocleg w
dobrze już nam znanym Gite "Targa Imoula".
Dzień czwarty Imlil - Neither schronisko pod Jabel Toukal
Pobudka, szybkie śniadanie i ruszamy w kierunku
Jabel Toukal. Trasa ma swój początek pomiędzy straganami w centrum wioski. Nie
sposób nie trafić na jej początek - jest oznaczona wyraźnym drogowskazem.
Wprawdzie napis na nim jest arabski, ale jest to jedyny drogowskaz we wiosce.
Przy tym wszyscy straganiarze oprócz zachwalania swoich towarów, pokazują też,
że to jedyny słuszny kierunek. Dziś wiem, że to nieprawda. Jest jeszcze inna
droga. Prowadzi ona w górę wioski a potem w lewo, przez gaje orzechowe. My z
tej drogi skorzystaliśmy w drodze powrotnej.
Dalej już nie ma takich problemów. Wszystkie drogi
zbiegają się w wiosce Arumd. Potem wyraźny szlak prowadzi przez szerokie koryto
wyschniętej rzeki i dalej do białego kamienia Sidi Szamharusz. Ten kamień jest
miejscem do którego pielgrzymują miejscowi, szukając uzdrowienia. Na tej trasie
nie sposób pomylić drogi. W jedna i drugą stronę przemieszczają się pielgrzymi,
turyści, muły. Śmiało można obyć się bez mapy.
Z Sidi Szamharusz szlak zaczyna się piąć pod górę, a
potem prowadzi wzdłuż długiej doliny aż do schroniska Neither. Nam ta droga
dłużyła się nieco. Cały czas nie wiedzieć czemu byliśmy przekonani, że już za
następnym zakrętem będzie schronisko. A tu jednak nie, wciąż trzeba iść.
Ponieważ jednak każda droga ma swój koniec, to i ta zakończyła się przy
drzwiach schroniska.
Samo schronisko, to solidny murowany budynek, w
środku urządzony jak każde górskie schronisko (wspólna kuchnia, jadalnia, kilka
pokoi z piętrowymi pryczami). Myślę, że to co je różni od innych to
wielonarodowe towarzystwo, jakie się tam spotyka. Oprócz naszej ekipy byli tego
dnia tam jeszcze: Amerykanin, Rosjanin, Łotysz, Węgier i dwóch Polaków.
Wszyscy szykowali się, aby następnego dnia wejść na szczyt.
Dzień piąty Jabel Toubkal - Imlil
Poranna pobudka i o 6.30 ruszamy w stronę szczytu.
Stojąc w drzwiach schroniska podejście ma się za plecami. Można zatem okrążyć
schronisko i ruszyć w górę z prawej lub z lewej strony. Trasa z lewej strony
jest na początku mniej stroma, ale przez to wydłuża się podejście. My
wybraliśmy trasę z prawej strony, wprawdzie bardziej stromą ale skracająca
podejście. Nie zmienia to faktu, że w obu wariantach trzeba pokonać strumień, a
potem mozolnie piąć się w górę przez dwa cyrki lodowcowe. Po wejściu na
przełęcz Toubkal należy kierować się w lewą stronę. Na przełęczy śniegi się
kończą (tak było na początku maja), a zaczyna kamienne piarżysko. Idzie się po
nim o wiele lepiej niż po śniegu. Po 4 godzinach marszu, około 10.30 nasz cel
został osiągnięty. Stanęliśmy na szczycie Jabel Toubkal!
Żeby zejść na dół, do schroniska, potrzeba tylko
połowę czasu, jakiego wymagało podejście. Tak więc po południu byliśmy przy
schronisku. Szybki obiad i ruszyliśmy w drogę powrotną do Imlil. Wszystko teraz
wyglądało jakbyśmy cofali film - te same miejsca tylko w odwrotnej kolejności.
Koniec - Imlil
Ostatni nocleg w górach spędziliśmy w Imlil, u
dobrze znanym nam hostelu. Gospodarza już nas na tyle znał, że wdawał się w
nieco dłuższe niż zwyczajowe pogawędki. Podczas jednej z nich pochwalił się, że
kiedyś trasę z wioski na szczyt Toubkal i z powrotem pokonał w ciągu jednego
dnia. Był wtedy przewodnikiem grupy Austriaków. A dzień ten określał jako "Big
Day". Cóż, ten wyczyn należy chyba
traktować bardziej jako sportowy niż turystyczny. Dla nas ważniejsza jednak
była przyjemność z wejścia niż wyścig z czasem.
Rankiem następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem ku nizinom, nad ocean....
![]() Profil trasy |
![]() Mapa trasy |
Dojazd
Najprostsza droga do Atlasu Wysokiego wiedzie przez Marakesz. Dalej należy się kierować do Asni - najlepiej busem (uwaga, busy do tej miejscowości nie kursują z głównego dworca autobusowego). Ostatni etap to przejazd grand taxi do wioski Imlil.
Mapa i przewodniki
Nie ma zbyt wielu dokładnych map masywu Jabel Toubkal. Najbardziej polecana jest francuska mapa w skali 1:50 000, wydana w 1994 roku. Można ją kupić w Marakeszu w hotelu Ali (cena 140DR*) oraz w schronisku CAF w Imlil (cena 130DR).

Przy wyborze trasy można się też wspomagać przewodnikami. Najłatwiej dostępny jest "Praktyczny Przewodnik - Maroko" wydany przez Pascala w 2003r. Jeden z jego rozdziałów w całości poświęcony jest tematyce trekkingu w górach Atlasu. Dodatkowym źródłem informacji jest też internet, gdzie można znaleźć szereg opisów dotyczących samego Maroka, jak również wspinaczki na Jebel Toubkal.
Sprzęt
Należy być wyposażonym w standardowy sprzęt trekkingowy. Warto pamiętać o zabraniu palnika gazowego. Przydaje się nie tylko w czasie pobytu w górach, ale także w chwilach, kiedy przychodzi ochota na herbatę inną niż miętowa. Na miejscu istnieje możliwość zakupu kartuszy gazowych. Można je kupić w Marakeszu, w małym sklepiku ze śrubami, elektryką i żelastwem. Sklepik znajduje się na początku deptaka Rue de Bab-Agnaouod, odchodzącego od placu Dżemaa el-Fna. Dostępne są kartusze różnej wielkości, nakręcane i nabijane (cena - 50Dr za mały nakręcany kartusz CampinGaz). Kartusze wiedziałem również na wystawie jednego ze sklepów w Warzazazacie. Ale były one mocno zakurzone. Być może była to pozostałości po zawodnikach Marathon des Sables.
Jedzenie
Codzienna dieta w Maroko nie musi się składać tylko z kuskusa lub
tadżina. Bardzo popularne są sandwicze czyli bułki z różnego rodzaju farszem,
zapiekane na ruszcie. Problem może być natomiast zdobycie żywności liofilizowanej.
Lepiej więc przed wyjazdem przygotować sobie racje na każdy dzień pobytu w
górach. Wodę i słodycze można kupić w Imlil. W wiosce jest szereg sklepów, ale
godny polecenia jest ten, wyposażony w kasę. Wprawdzie sprzedawca nigdy nie
wbija dwa razy tej samej ceny, ale i tak ceny są konkurencyjne, a towarów jest
więcej niż u innych. Jeżeli ktoś jest nastawiony na własne wyżywienie i chce sam przygotowywać posiłki, to również nie ma z tym kłopotu. We wszystkich górskich hostelach czy też schroniskach jest dostęp do gazu. Ale należy pamiętać, że wiąże się to z opłatą za korzystanie z kuchni. Lepiej zatem zaopatrzyć się w palnik i kartusze z gazem.
Noclegi
Nie ma problemu ze znalezieniem noclegów. Oprócz schronisk CAF, zawsze znajdzie się jeden lub kilku Berberów, którzy po konkurencyjnej cenie zaoferują nocleg w swoich prywatnych hostelach. Standard tych noclegów jest różny i głównie zależy od wysokości nad poziomem morza, na jakiej się znajdujemy. W każdym jednak przypadku niezbędne jest posiadanie śpiwora (nocą temperatura wynosi kilka stopni powyżej zera).
W Imlil za cenę około 30Dr, 40Dr można dostać pokój w którym są materace do spania i wspólna łazienka z ciepłym prysznicem. W położonej powyżej 2000 m wiosce Tacheddirt nocleg można dostać za tą samą cenę, jednak już bez prądu i w bardziej spartańskich warunkach. Należy być ostrożnym planując nocleg w pasterskich kryjówkach - Azib. Są to bowiem ułożone z kamieni jaskinie, które mają jedyni chronić przed wiatrem i deszczem.

Osobne miejsce na liście noclegów zajmują wcześniej już wspomniane schroniska CAF, z francuska zwane Refuge. Ceny są w nich dwukrotnie wyższe niż w prywatnych hostelach, a przoduje w tym Refuge du Toubkal. W schronisku tym, za przyjemność spania w warunkach zbliżonych do tych jakie panują w naszych schroniskach, należy zapłacić 130Dr od osoby. Korzystanie z tamtejszej kuchni również podlega opłacie.
Ludzie
Mieszkańcy Atlasu to w większości Bereberowie. Na ogół otwarci, choć można odnieść wrażenie że ta otwartość wynika z pobudek "marketingowych". Niemniej można się czuć bezpiecznie w ich towarzystwie. Tak jak w całym Maroku najłatwiej porozumieć się można po arabsku lub francusku. Angielski jest mniej popularny, jednak na głównych szlakach trekkingowych nie powinno to sprawiać kłopotu. A już na pewno przy okazji różnych kontaktów "handlowych" nie będzie problemu z porozumieniem się po angielsku. Podczas zakupów, czy też poszukiwania przewodnika lub mulnika, zawsze znajdzie się jakiś miejscowy, choć trochę znający ten język.
*w 2004 1Dr to około 0,43zł
Marek Słowiński
Warszawa, listopad 2004

